Nie pamiętam, co myślałem o biznesie reklamowym zanim zacząłem pracować w jednej z dużych agencji.

W latach 2000 Polska była ciekawym przypadkiem, gdzie nikt nie rozumiał tak naprawdę, jak działa wolny rynek (wcale nie twierdzę, że w tej chwili jest lepiej) i jaką rolę w kształtowaniu tego rynku może odgrywać reklama. To były radosne czasy domowych filmów VHS robiących za telewizyjne reklamy i słabego DTPu udającego reklamę prasową i billboardy.
A jeśli dodać do tej mikstury błyskawicznie rozwijający się wtedy internet ze wszystkimi jego wadami i potencjałem otrzymujesz Dziki Wschód w samym środku Europy.

Całe dorosłe życie pracowałem z różnymi rodzajami mediów, ale z „prawdziwą reklamą” zetknąłem się dosyć późno. W 2009 po raz drugi w życiu przeprowadziłem się do Warszawy i zacząłem pracę w pełnokrwistej agencji reklamowej, w dodatku w jednej z tych „dużych”.
Po paru latach pracy tam stało się dla mnie dosyć jasne, że świat reklamy kręci się wokół własnej osi. Przebrzmiały już czasy chwały Mad Menów, reklama straciła swoją przywódczą rolę, a wszyscy „wielcy” desperacko próbują doścignąć startupową kulturę. Ale od środka wszystko wygląda, jakby reklama wciąż była Wielkim Halo — wciąż są Cannes Lions do wygrania i wielkie kampanie do pochwalenia się.
Po pięciu latach w jednym z takich miejsc zamieniłem jedną agencję na inną, aby spróbować odświeżyć sobie głowę, zmienić otoczenie. Wytrzymałem rok, zanim spostrzegłem, że po tym czasie nie mam nic do pokazania.

Przejrzałem swój katalog „Praca” i nie mogłem znaleźć ani jednej rzeczy, którą chciałbym zachować lub którą chciałbym się pochwalić w portfolio. Rok produkowania postów na Facebooka i prezentacji przetargowych na stanowisku Senior Art Directora.
Ten fakt, jak i kilka osobistych tematów sprawiło, że zdecydowałem się rzucić papierami właściwie natychmiast. Bez żadnej oferty, bez żadnego zabezpieczenia, bez niczego nowego na horyzoncie, z kredytami, rodziną do utrzymaniu i mieszkaniem do spłacenia, jak wszyscy. Jednego byłem pewny — nie chce więcej pracować w reklamie. Pustka tej branży, ciągłe ciśnienie na nagrody i nagródki i udział we wszelakich konkursach i konkursikach sprawiła, że reklama umarła.
Przynajmniej w tamtym momencie umarła ona dla mnie.

Na szczęście wiedziałem, w jaki sposób i w którą stronę chciałem się rozwijać. I po raz pierwszy w życiu wiedziałem, czym chcę się zajmować. A co ważniejsze znalazłem miejsce, w którym chciałem pracować. Cisnąłem więc temat z pełną premedytacją. Z poprzednim pracodawcą rozstaliśmy się w pełnej zgodzie, wobec czego w nowej firmie zjawiłem się z doskonałą rekomendacją, która otworzyła mi szeroko drzwi.
Szkoda, że nie trwało to zbyt długo, gdyż okazuje się, że prasowa gwiazda startupów nie zawsze świeci najjaśniej.

Pozwoliło mi to jednak wcisnąć stopę w drzwi do świata, o którym nie wiedziałem, że istnieje. Świata, w którym praca jest doceniana, gdzie opinie są brane pod uwagę, a projekty, przy których pracujesz mogą ratować ludzkie życie.

Całkiem dosłownie.

Wszystko to uzmysłowiło mi, jak wiele jest jeszcze rzeczy, których chcę się nauczyć i doświadczyć. Zacząłem słuchać i oglądać coraz więcej i więcej rzeczy, o których nigdy bym nie przypuszczał, że będą mnie interesowały. Niektóre tematy po prostu potrzebują odpowiedniego czasu i miejsca, żeby do nich dojrzeć, to jest oczywiste, ale każda nowa rzecz prowadzi do następnej nowej rzeczy, w efekcie czego zetknąłem się z ludźmi, których powinienem poznać i posłuchać. Dało mi to nową perspektywę, nowe spojrzenie na kilka spraw w moim życiu.

Jeden: mamy dość ograniczony czas na tym łez padole (dość oczywiste),

i dwa:

 

Pomyślcie o tym przez chwilę.

Za każdym razem, kiedy dokonujesz wyboru może ci się udać, albo nie.

Nie ma innego wyniku dla jakiegokolwiek wyboru czy decyzji. Parafrazując Yodę „Robisz albo nie”. Efektem tego jest, że ryzyko niepowodzenia jest takie samo, jak wygranej. I to wydaje mi się całkiem inspirujące.

Oczywiście, można się spierać, że twoje doświadczenie, twoje nastawienie, szczęście, okoliczności i poziom twojej kosmicznej karmy — wszystko to ma znaczenie. Ale w końcowym rozliczeniu wszystko sprowadza się do jednego wyniku. Jedyną rzeczą, która może cię zatrzymać jest twój zgon, ale na to już nic nie jesteś w stanie poradzić (przynajmniej na razie). Dlaczego nie spróbować? Cóż takiego masz do stracenia? Szanse są całkiem zajebiste, nie sądzisz?

Wszystko staje się po prostu możliwością.

Leave a Reply