W „Rejsie“ Marka Piwowskiego jest scena, w której inżynier Mamoń, grany przez świętej pamięci Zdzisława Maklakiewicza, odpowiada na pytanie, czy podobała mu się piosenka, którą słyszał chwilę wcześniej. Inżynier wymijająco stwierdza, że ponieważ on jest umysł ścisły, to podobają mu się melodie, które już raz słyszał.
Przez reminiscencję.

Po czym pada najistotniejsze z perspektywy tematu, który krąży mi po głowie od dłuższego już czasu, zdanie:

„No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę?“

I tu dotykamy sedna współczesnej kultury. W każdej dziedzinie (poza może tzw. „kulturą wyższą“) — muzyka, film, literatura, gry — mamy od paru(nastu) lat epokę rebootów, remake’ów, sequeli, prequeli i „universów“ różnych serii. I w większości przypadków w momencie premiery nowej odsłony, nowego etapu, można mieć pewność, że już niedługo zobaczymy czy zagramy w kontynuację, lub usłyszymy wykonawcę grającego to samo czy tak samo.

Kultura powtarzalności

Bo wszyscy — umysły ścisłe czy nie — lubimy rzeczy, które już znamy.

Patrząc przez pryzmat mojej córki, którą usilnie namawiamy do próbowania nowych rzeczy — smaków, filmów, książek, zabaw, idei — widzę, jak bardzo jest to walka z wiatrakami (i jak bardzo poniekąd jesteśmy w tym procesie hipokrytami, ale to temat na osobną rozprawę).
Pozostawiona sama sobie podejmuje decyzję o obejrzeniu czy posłuchaniu bajki albo piosenki, którą już doskonale zna. Na pamięć. Na blachę. Widziała 15, 20, 50 razy.

Podobnie z dorosłymi.

W telewizorze leci po raz n-ty „Predator“? W końcu zajebisty film, obejrzę.

Kolejna odsłona świata Marvela czy innej komiksowej serii? Do kina trzeba, koniecznie.

Kolejna gra „z serii”? Co z tego, że realnie jest taka sama, jak poprzednia jej odsłona, wydana raptem 10 czy 12 miesięcy wcześniej — klient kupi, bo zna i lubi.

Gigant metalu wydaje nową płytę? Co z tego, że jest chujowo nijaka, sprzeda się i tak, a trasa koncertowa wyprzeda się na pniu, bo przecież zagrają też stare hity, melodie, które doskonale znamy i lubimy…

Interes się kręci, bo opiera się na podstawowej wadzie ludzkiej: strachu przed nieznanym.
(Można by to pewnie jakoś ekstrapolować na falę sukcesów prawicowego myślenia i nacjonalistycznych postaw, ale nie zagłębię się w to — jestem za małym móżdżkiem, żeby się pokusić o połącznie kultury kontynuacji z religijnym radykalizmem).

Kapinka historii (tak, zrobiłem risercz)

Jak się okazuje temat ten rozgryzał już wiele lat temu nasz rodak, Robert Zajonc, dochodząc do sformułowania teorii efektu czystej ekspozycji. W skrócie:

Im częściej z czymś mamy kontakt, tym bardziej nam to „wchodzi”.

Obstawiam, że do tej pory (Robuś rozkminił temat w 1968) stacje radiowe robiły to mniej lub bardziej „na czuja”, ale Robson, formułując teorię umożliwił systematyzację i nazwanie zjawiska.
W latach 1940 i 1950 gros programów telewizyjnych w Stanach było robionych i emitowanych „na żywo” i w wielu przypadkach nie było rejestrowanych — poszło w eter i koniec, nie ma, kto nie zobaczył, ten nigdy już nie zobaczy. Potem pojawiła się technika kineskopowania — emitowany na żywo program nagrywano kamerą skierowaną bezpośrednio na ekran telewizora — która pozwoliła na nadawanie programów z opóźnieniem dla Zachodniego Wybrzeża USA, a w efekcie stworzenie biblioteki obecnych klasyków telewizyjnych. A ponieważ ludzie lubią oglądać rzeczy, które już raz widzieli, powstała idea „rerun” (po naszemu „powtórka”). A ponieważ coraz więcej ludzi chciało oglądać w kółko te same rzeczy (choć pewnie tak było od początku istnienia ludzkości i opowieści przekazywanych ustnie), pojawił się rynek stacji tematycznych, nadających wciąż te same programy i filmy.
Bo wszyscy lubimy obejrzeć czy usłyszeć coś, co doskonale znamy. I lubimy.

Co z tego wyszło?

Od TCM do Comedy Central przez TiVo do Netflixa stworzyliśmy sobie kulturę powtórek, kulturę kontynuacji, a pośrednio kulturę Tegosamizmu — rzeczy tylko pozornie innych, a w głębi takich samych. Rzeczy, do których bez przerwy wracamy. Gdyby było inaczej te wszystkie Netflixy padłyby na ryj, myślę, bo samymi oryginalnymi treściami raczej nie napędzili by sobie interesu. Ba, śmiem twierdzić, że nie tworzyliby nowych treści, gdyby nie mieli zaplecza powtórek. Ale ponieważ ludzi trzeba przekonać do nowych „Intellectual Properites”, trzeba ich jakoś namówić, poinformować o czymś „nowym”. Stąd taki hajs pchany w marketing: zachęcić odbiorcę — przez walenie w łeb w kółko i nieustannie— do spróbowania nowego „czegokolwiek” (dzięki, Robson).

A I TAK NAJLEPIEJ, ŻEBY TEMAT DAWAŁ SIĘ KONTYNUOWAĆ. Bo odciąć kupon będzie łatwiej, jeśli zaplanujemy od razu ze 3 czy 4 sezony do przodu, koszta produkcji będzie łatwiej rozłożyć w czasie.
Dlatego nowym tematom tak ciężko jest się przebić w świecie zdominowanym przez kontynuacje. Mało tego — nowe rzeczy są z reguły już na starcie planowane, jako „serie”, czy całe „światy”.

Harry Potter się skończył? Nie szkodzi, rozkręcimy opowieść w innym zakątku stworzonego w książkach świata.

Zmarł aktor grający główną rolę? Nie szkodzi, zrobi się ładne zakończenie 6. czy 7. części, a w 8. zrobi się „tribute to” i będzie cymes. Potem zrobi się część 9. i nikt już nie wspomni o zmarłym, luz.

Temat wojny w przyszłości „nie zażarł” z odbiorcami naszej nagradzanej serii gier”? Wrócimy do korzeni i kolejną część zrobimy w okolicznościach II wojny światowej.

Oczywistym jest, że za każdą produkcją filmową czy grą (telewizyjną znacznie mniej) stoi produkcja związana z tematem filmu — gadżety, koszulki, pierdolety. A już absolutnie obowiązkowe, kiedy film/gra jest tylko rozwinięciem reklam z telewizora lub jest skierowany do dzieci (na was patrzę, Disney/Pixar) — budowanie nawyków powracania i wyczekiwania kontynuacji już od maleńkości buduje przecież bazę wiernych odbiorców na całe lata.

Co ciekawe, w muzyce temat rozgrywa się nieco inaczej: pojawia się nowy gatunek, rodzaj, kierunek, ktoś niesie kaganek nowości, po chwili mamy wysyp kontynuatorów i naśladowców, a po roku wszystkie te kapele i wykonawcy brzmią (i wyglądają) tak samo. I jako odbiorca docierasz do tego dziwnego etapu, kiedy nie jesteś w stanie odróżnić kto gra i co to za utwór — co wydaje mi się nieco kluczowe z punktu widzenia wyników sprzedaży czy popularności — wobec czego zamiast szukać czegoś nowego w ramach gatunku, wracasz po prostu do czegoś, co już dobrze znasz.

A najśmieszniej jest w sumie w literaturze — seryjne produkcje sprzedają się, jak ciepłe buły. A jak już temat celuje w nastoletnich odbiorców, to koniec — żyła złota. Bo przecież zrobi się serię filmów. A może nawet na serial wystarczy pary? Nic tak nie robi hajsu, jak wizja kontynuacji w innym medium.
MamyTo™.

Efekt Mamonia

Jesteśmy niewolnikami swojej natury.

„Wszyscy jesteśmy Mamoniami”

— lubimy rzeczy, które już znamy. Można z tym próbować walczyć lub ograniczać, ale nie wszyscy chcemy (a nawet nie powinniśmy) być weganami kultury.

Tylko wybierajmy tę strawę dla duszy nieco rozsądniej, bardziej świadomie. Niech to nie będzie „C jak Cokolwiek” po raz kolejny. Niech to nie będzie „Powolni i miałcy 8.5”. Nie zabraniam, absolutnie — sam jestem konsumentem tej kultury wraz ze wszystkimi jej niedostatkami.

Tylko nie zdziwmy się, kiedy osiągniemy etap, kiedy w telewizorze, radio i w kinie będzie dokładnie to samo do zobaczenia i usłyszenia: przysłowiowy dwutysięczny odcinek Rambo.

Leave a Reply